„Wirusy” Ewa i Natalia Karpińskie. Pierwsza polska książka z foliami!

"Wirusy" Ewa i Natalia Karpińskie

"Wirusy" Ewa i Natalia Karpińskie

„Wirusy” to nowość na rynku wydawniczym, która prezentuje choroby wirusowe wieku przedszkolnego i wczesnoszkolnego. Jest zupełnie nowatorka, ponieważ zastosowano w niej transparentne folie, na które naniesiono objawy wszystkich z opisanych infekcji. Każdy rozdział rozpoczyna się ilustracją przedstawiającą zdrowe dziecko. Gdy przełożymy umieszczoną obok folię, obrazek na naszych oczach się zmieni. Ujrzymy tego samego bohatera, ale pokrytego krostami, pęcherzykami i innymi objawami, które uatrakcyjniają wygląd pacjenta. Genialny zabieg, który spodoba się nie tylko młodym odbiorcom.

Narratorami w książce są małe, złośliwe wirusy. Jest ich tu siedmioro i każdemu z nich poświęcono rozdział. Są to: różyczka, odra, ospa wietrzna, wirus bostonki, grypy żołądkowej, świnki oraz opryszczki.

Każde stworzenie opowiada o sobie, o objawach choroby, którą wywołuje i o profilaktyce. Każdy rozdział kończy się podsumowaniem zatytułowanym „W pigułce”. To wymienione w 4 punktach najważniejsze informacje z tekstu, czyli w jakim okresie wirus najczęściej atakuje, objawy, jak postępować w trakcie choroby oraz profilaktyka.

W książce znajdziemy również „Wirusłownik” , gdzie prostym i zabawnym językiem wytłumaczono trudne pojęcia, takie jak: dietetyczny, lekkostrawny posiłek, powikłania czy zapalenie spojówek.

Książka jest napisana bardzo przystępnym i zabawnym językiem. Na przykład ospa wietrzna opowiada, że jej wizyta jest zawsze ogromną niespodzianką i przybywa zazwyczaj w święta albo przed wyjazdem na wakacje. Wirus grypy żołądkowej szczyci się, że niektórym jej ofiarom pomaga cola, więc pomimo protestów rodziców można ja trochę nadużywać. Dzieciaki reagują na tekst śmiechem, wciąga je przewracanie magicznych folii, a przy okazji otrzymują spory zastrzyk wiedzy.

Bohaterowie książki przedstawieni są jako urocze stworki z wielkimi oczami i zawsze z jakimś atrybutem. Różyczka jest włochata, czerwona i trzyma w dłoni piękną ciętą różę, świnka jest różowa, ma zakręcony ogonek i ryjek. Każdy jest inny i bardzo rozczulający.

Ilustracje bardzo mi się podobają. To akwarele, które zostały wykonane tradycyjną metodą.

Książka powstała, przede wszystkim, jako wsparcie dla dzieci. Z tą książką łatwiej jest przetrwać czas choroby, dowiadując się, co się z nami dzieje i dlaczego.

„Wirusy” to druga po „Dzieciach korzeni” książka młodego wydawnictwa Przygotowalnia. Staranne, perfekcyjne wręcz, wykonanie to coś, co łączy obie książki, choć tematem i stylem zupełnie od siebie odbiegają.

Nie da się ich nie polubić 🙂 To jak? Zaraziliście się?

 

"Wirusy" Ewa i Natalia Karpińskie

"Wirusy" Ewa i Natalia Karpińskie

"Wirusy" Ewa i Natalia Karpińskie

"Wirusy" Ewa i Natalia Karpińskie

Wydawnictwo Przygotowalnia, oprócz książki, przygotowało mnóstwo dodatkowych wirusowych atrakcji: ubrania wysokiej jakości, genialne wielkie torby bawełniane oraz wirusy w wersji przytulanek. Są bardzo starannie wykonane, z materiałów wysokiej jakości. Uszyte ręcznie i wyprodukowane w Polsce. Każdy pluszak ma naszytą wirumetkę, na której można wpisać imię właściciela. Miękkie, przyjazne i dostępne w sklepie wydawcy tu.

"Wirusy" Ewa i Natalia Karpińskie

tytuł: „Wirusy”

tekst: Ewa i Natalia Karpińskie

ilustracje: Joanna Lenart

wydawnictwo: Przygotowalnia, 2016

objętość: 54 strony w tym 7 folii

dla dzieci w wieku: 3+

cena okładkowa: 44,95 zł

 

"Wirusy" Ewa i Natalia Karpińskie

 

KONKURS

Nagrodą w konkursie jest jeden egzemplarz książki oraz maskotka wirusa grypy żołądkowej.

Jeśli chcesz wziąć udział w zabawie, pozostaw pod tym wpisem komentarz z odpowiedzią na pytanie, który z książkowych wirusków podoba Ci się najbardziej i dlaczego .

Nagrodzimy jedną odpowiedź.

Macie czas do końca dnia jutrzejszego, do godziny 24.00 dnia 23 października.

Powodzenia i dobrej zabawy!

 

Rozwiązanie konkursu 🙂

"Wirusy" Ewa i Natalia Karpińskie

Książkę „Wirusy” oraz pluszowego wirusa grypy żołądkowej postanowiliśmy przyznać Anice, a jej odpowiedź to:

„– Puk, puk!
– Kto tam?
Cisza. Słyszę tylko lekkie szuranie…
– O, nie! A tyś co za paskudztwo?!
Chlip chlip, chlip chlip…
– Nie maż się tak. Wejdź, rozgość się i… może opowiesz mi coś o sobie?
Tak żeśmy się poznali. Jakby mimochodem, przelotem, z przypadku.
I, kiedy myślałam, że na dłużej straciliśmy ze sobą znów kontakt, nagle usłyszałam znajome szuranie.
O, paskudniaczek wrócił!
Coś jednak było w tych jego oczach. Coś było w nim samym.
Przestałam witać go ze złością. Przestałam widzieć w nim paskudne stworzenie.
Raczej…
był włochaty jak koc, którym w dzieciństwie babcia mnie opatulała, gdy gorzej się poczułam.
On, wirus grypy żołądkowej.
Słodki inaczej. Jak słodkie potrafią być krople miętowe.
I… na swój sposób przytulaśny. Choć wcale tak mile nie widziany, bo nigdy nie chce się zapowiedzieć wcześniej 😉 ”

Dziękujemy wszystkim za zabawę, a osobę nagrodzoną prosimy o przesłanie adresu do wysyłki nagród na meila mioda@strefapsotnika.pl

 

Reklama

Powiązane tematy

Komentarze (43)

Najbardziej podoba mi się wirus odry – jest taki szpanerski:)

witam, zdecydowanie Odra > niebieska jak wody rzeki mojego ukochanego Wrocławia… tylko ciężko wytłumaczyć 5-latce dlaczego NIEBIESKI wirus daje CZERWONE plamki i jak się ma wirus odry do naszej Odry wrocławskiej… a poza tym kolory muszą być też po angielsku bo w przedszkolu teraz jest szał kolorów… nie mówiąc o szale wirusowych infekcji ;((((
CIĘŻKIE JEST ŻYCIE RODZICA!!! i jakie piękne i urozmaicone jednocześnie… i na dodatek jestem lekarzem więc dziecko oczekuje ode mnie że w TYCH tematach wiem wszystko.. ale wiedzieć nie zawsze znaczy umieć to powiedzieć… ECH…

Świnka podbiła sobą me serce,
zachwycona jestem oj kochani wielce.
Ten miły pyszczek i wielkie oczy,
wirus świnki bardzo zaskoczył.
Mimo że świnka to choroba trudna,
przez wesołe obrazki nie jest taka żmudna.
Różowa świnka humor poprawi,
w trudnej chorobie malca rozbawi.

Moim ulubieńcem jest wirus bostonki, który przedstawia się jako bardzo wyjątkowy bo zdarza sie niezwykle rzadko. My mieliśmy chyba wyjątkowo dużo szczęścia bo otarliśmy sie o niego w naszym żłobku. Wirus zamieszkał z trójką dzieci. Nas zostawił tym razem w spokoju.

Najbardziej podoba mi się wirus, którego nie ma tu na „psotnikowym” zdjęciu- wirus ospy wietrznej 🙂 Lubię kolor fioletowy 🙂 A poza tym pamiętam do dziś „moją” ospę. Miałam 6 lat i to był największy wysyp krostowy jaki ktokolwiek miał w naszej rodzinie. Ale zakończenie choroby było sympatyczne- zawinięta w kilka kocy jechałam z rodzicami na sylwestra do Zakopanego. To było 37 lat temu, ale do dziś to jest mój ulubiony bal sylwestrowy 🙂

Świnka !!!! Moje przedszkolaki uwielbiają świnki zwierzęta a teraz mogłyby poznać inne ich oblicze

Najbardziej podoba mi sie wirus swinki te oczka ten rozowy ogonek to proszace spojrzenie no jak nie kochac takiego stwora?A ten ryjek?az prosi sie zeby go ucałować.A za ten głupiutki wyraz twarzy od razu mam chec go usciskac.A jak popatrze na niego z boku to w calosci jest tak brzydki ze az piekny i chce go miec i glaskac zeby nie bylo mu smutno

Dla mnie osobiście „najlepsza” jest świnka- groźna, ale zarazem taka słodka.

Oczywiście wirus różyczki! Po prostu nie ma innej opcji, gdyż córeczka ma na imię Różyczka 🙂 Myślę, że gdy Różyczka zaniesie do przedszkola taki wirus różyczki, z pewnością wywołała niemałe poruszenie 🙂

Najbardziej podoba mi sie wirus rozyczki. Ma piekny czerwony kolor i w dodatku roze w raczce:) Na szczescie nie mialam jeszcze przyjemnosci go poznac…

Najbardziej spodobał nam się ( mi i córeczce ) wirusek bostonki….:)))
W – wyjątkowe ma oczka
I – inspirujący ma kolorek głęboki
R – rozbrajająco mięciutko wygląda jego ciałko
U – uczuciowy jest z pewnością
S – słodko byłoby się do takiego milusia przytulić 🙂

Mi najbardziej podoba się wirus różyczki! Piękna, urocza dama z niej… Do dziś pamiętam gdy dawno dawno temu mnie nawiedziła i straciłam pół wakacji. Dodatkowo moje drugie imię to Róża, więc idealnie do siebie pasujemy.

A mnie podoba się świnka za ten słodki ryjek ? Wirusowa banda to niezła konkurencja dla świeżaków ?

Moim numerem jeden jest Wirus Świnki. Od zawsze uważałam, że ta urocza nazwa pozwala oswoić tę nieuroczą chorobę. A teraz jeszcze całość dopełnia rozkosznie zabawny różowy ryjek maskotki. Brawo za pomysł!

Takie puchate wirusy, bakterie i inne drobnoustroje mogą skutecznie pomóc choć trochę oswoić chorobę. Mnie najbardziej rozbawił wirus świnki, który choć niewinnie wygląda potrafi uprzykrzyć życie. Taki różowy, z ryjkiem i zawiniętym ogonkiem sprawia wrażenie niewiniątka. I jeszcze to błagalne spojrzenie wielkich oczu… Gdybym nie wiedziała, co to za gagatek, pewnie dałabym się nabrać;) Przyjemniaczek z niego, ale tylko w formie maskotki. Bo w rzeczywistości powoduje zdrowotne komplikacje i trudności z połykaniem. No, chyba ze ktoś chce być na diecie;)

Nsjbardziej wyluzowana maskotka odra nam się podoba. Grypa żołądkowe najmniej bo mamy obecnie w wydaniu rzeczywistym 🙁 jak juz sobie pójdzie to będziemy ją bardziej lubić. Różyczka wygląda na przyjaźnie nastawioną to pewnie taki jej sposób na pojawienie się w organizmie 🙂

W świat wirusa dałbym susa
A wirusem tym jest odra
Bo ma modry odcień bluesa.

Nosi braci Blues Ray-Bany.
A gdy film ten rozśpiewany
Oglądałem, to spod kołdry
Nos wystawał w kropki odry.

Pokochałem film ten, bluesa,
A zasługa to wirusa.
Bardzo szczodra była odra
Choć choroba to niedobra

dla nas najbardziej uroczy wirus to świnka, bo to pewnie jest dziewczynka (jak moja córcia) a do tego to zwierzątko co uwielbia błotko(jak każde zdrowe dziecko) a wdodatku jest różowa i to jej zaleta nowa (córcia uwielbia różowy kolor) lecz gdy świnka cię dpopadnie to wygladasz niezbyt ładnie(córcia nie przejmuje się wyglądem) dostaniesz na całym ciele kropeczki i będziesz jak biedronka w cęteczki(biedronka też zwierzatko uwielbiane przez córcię) ze świnką trzeba się zaprzyjaźnić bo jest z tobą przez wiele długich dni! więc w ruch idą wszystkie możliwe gry(tak było u nas) to pomimo choroby na zabawie spędzony czas!!! i czekanie az świnka pójdzie sobie w daleki las!!!

Najbardziej przypadł nam do gustu wirus świnki. Mówię NAM, ponieważ zapytałam o zdanie moją dwulatkę, a ona bez wahania wskazała świnkę, krzycząc „INKA!” 😀 Nigdy nie chorowałam na tę chorobę i mam szczerą nadzieję, że nie zachoruję. Może taki maskotkowy wirus zadziałałby jak amulet? 😀 Spodobała mi się od pierwszego wejrzenia, bo jest po prostu urocza. Ten mały ryjek jest rozczulający… 😀 Muszę koniecznie kupić książkę, genialny pomysł! 😀

ODRA! Miłość od pierwszego wejrzenia 🙂 Czadowy jest! Ten błysk w oku!…ups, przepraszam – w okularach 😉 No i ten kolor! Wyobrażacie sobie? – przytulić się do wirusa z własnej, nieprzymuszonej woli? Co noc? Świadomie i z premedytacją?? Ja tak, ale tylko do tego pluszowego pana…prawdziwej odry nie mieliśmy i wolałabym, żeby ten wirus gościł u nas w domu wyłącznie w pluszowej postaci 🙂 I na stronach książki – razem z kolegami i koleżankami 🙂

Zdecydowanie świnka. W ogóle twierdzę, że choroby, szczególnie te najczęściej występujące w wieku dziecięcym powinny mieć takie nazwy, które wywołują uśmiech na twarzy. Znacznie prościej jest je wtedy oswoić i jakoś tę chorobę „uprzyjaźnić”. Tak jest właśnie z poczciwą świnką. Świnka kojarzy się też ze świnką Peppą, a to już w ogóle +10 do lansu w przedszkolu 😉 Podoba mi się maskotka i chętnie ją przyjmiemy do swojego domu. Pozdrawiam.

Wirus odry! Wygląda niesamowicie! Myślę, ze chetnie bym sie z nim zaprzyjaźniła, bo to jedyny wirus, z ktorym nie stoczyłam walki w dzieciństwie. Moje dzieci tez mogłyby sie zaprzyjaźnić z panem Wirusem, bo szczepionka juz dawno za nami ?

Najbardziej się nam podoba ten, który jest do wygrania – wirus grypy żołądkowej. Jest dokładnie taki, jak jedno z jego zdjęć w przepastnych zasobach internetu – od razu poznałam drania! Mieliśmy z nim do czynienia w poprzednim roku szkolnym i ani mnie, ani syna nie zachwyciła jego obecność. Synkowi pomogło wtedy właśnie oglądanie zdjęć wirusów 🙂 Myślę, że możliwość przytulenia wirusa w chorobie (ewentualnie – postawienie go do kąta) i poczytania o nim znacznie poprawiłaby stan mojego dziecka – taki już jest, że przez wiedzę oswaja nawet nieprzyjemności.

To chowająca się nieśmiało (na uroczym zdjęciu w leśnej aurze) za wszystkich towarzyszy niedoli własnej i tych, z którymi próbuję się zaprzyjaźnić – Różyczka … Pierwsza myśl – przecież to ‘moja’ BUKA – „najstraszniejszy strach” z ‘wielkimi oczami’, który odwiedzał mnie od czasu do czasu wywołując rwetes, który budził całą rodzinę.
Pamiętam, jak mama mówiła mi, że takiego ‘Bukowego duszka’ trzeba przytulić, porozmawiać z nim, dać wiele ciepła– a wówczas on odwzajemnia się tym samym i zostanie naszym przyjacielem. Od tego czasu – lubiłam mieć na szafce przy łóżku… gorącą czekoladę w kubku – przekonując wszystkich, że czeka ona na Bukę 🙂
Dlatego w czerwieniącym się ze wstydu włochaczu widzę małego stworka, który siedzi cichutko w cieniu i czeka na ‘oswojenie’. Taki ‘różyczkowy znajomy, który odwiedza nieoczekiwania, a potem już nie wraca – tym bardziej warto go przytulić, przykryć kołdrą, poczytać bajkę, pośmiać z kropek i kropeczek, porozmawiać, dać wiele ciepła (gorącą czekoladę…?)… A na pożegnanie możemy zostać obdarowani pełnym uroku kwiatem oraz nauką, że nie można oceniać po pozorach …

Świnka jest dwuznacznie słodka 🙂 pomoże niejednemu dziecku przejść przez trudy chorowania- wiemy co mówimy, ostatnio jedno z naszej gromadki miało dłuższy odpoczynek od szkoły w skutek powiekszonych ślianianek. Świnka- Ślininka 🙂

A ja lubię różyczkę. Jest taka delikatna i kobieca. Jest jak Elza tylko bardziej zarumienienia.

Mojemu czteroletniemu synkowi najbardziej podobają się wirusy różyczki i świnki bo czerwony i różowy to jego ulubione kolory. A jako miłośnik serialu Było sobie życie jest w ogóle znawcą wirusów i bakterii i tego, co w ciele dziać się może. „Jestem fibryną, mamo. Pomagam płytkom krwi, żeby rana się goiła…” Jego samego zaś polubil ostatnio wirus bostonki… A trochę wcześniej taki, który powoduje zapalenie krtani. Lektura u nas jak najbardziej na czasie i już dopisana do listy must have.

Najbardziej podoba mi się wirus ospy-jest taki wietrzny no i kolor trafiony do dziś wspominamy z córką jak była cała w fioletowe ciapki podczas tej choroby ?

Mój wybranek to wirus grypy żołądkowej. Dobrze znany całej rodzinie jegomość. Ma podobne ufryzowanie, jakbym widziała siebie z samego rana. No i ten kolor! Nie jakieś pastelowe love, mocny, ciekawy odcień. Zacny gościu! Drzwi do naszego domu są dla ciebie otwarte, ALE TYLKO W WERSJI PLUSZOWO – KSIĄŻKOWEJ.

Wirus różyczki,podoba się najbardziej ale też utożsamia się z osobowością,zachowaniem bo jest taki jak moja córka kiedy się zdenerwuje na starszego brata,jest wtedy czerwona oraz „włochata,poczochrana”a w powietrzu „unosi się jej „złość .Bywają sytaucje kiedy np.nie chce się czesać,ucieka…w kąt,badż za drzwi a nawet wyszła kiedyś z domu…a jak już się ją „dopadnie”to wścieka się,że już ją złapano i robi wielkie oczy(które mówią zlituj się nade mną,plis)to tak jak z wirusem książkowym Różyczkowym,ta złość która zostaje jakiś czas po kłótni z bratem,to „lata”w powietrzu”drogą wziewną i zaraża innych.a po jakimś czasie,po rozmowie ,na spokojnie- ustępuje bez powikłań,bez działań niepożądanych.Ten rodzaj „choroby”nie powoduje u nich zaburzeń.Myślę że najskuteczniejszym sposobem ,lekarstwem-pokonania tego domowego „wirusa różyczkowego”bywa przytulenie Różyczki(naszej małej córeczki)

Wirus świnki od razu podbił moje serce. Zostałam obdarowana przez geny dosyć dużym noskiem. Kiedy w dzieciństwie dowiedziałam się, że choruję na świnkę, byłam przerażona. Dziwna nazwa choroby plus spory nochal spowodowały u mnie stan maniakalny. Po każdym prysznicu szukałam wyrastającego ogonka niczym u Dudley’a Dursley’a z sagi Rowling. A nikt biednemu dziecku nie wyjaśnił, na czym polega świnka. W końcu opowiedziałam o moim problemie mamie. Wyjaśniła mi wszystko, jednak określenie „świnka” przylgnęło do mnie jak rzep do psiego ogona. Do tej pory zdarza się niektórym na mnie tak wołać. Myślę, że wirus świnki byłby świetnym dopełnieniem wystroju mojego pokoju i codziennie przywoływałby to zabawne wspomnienie z dzieciństwa.

Zapytałam mojego czterolatka, który wirus mu się najbardziej podoba. Odpowiedź natychmiastowa: ZIELONY!! Zapytałam więc dlaczego? A Młody odpowiedział: „Mamooooo, przecież to wielkie zielone wirusy wchodzą do brzuszka i atakują dobre bakterie.” Zerknęłam na stronę wydawnictwa, a tam okazało się, że zielony wirus to rotawirus:) Dobrze byłoby zapoznać się teraz z innymi znajomkami rotawirusa, najlepiej poznać je tylko w wersji książkowej 😉

Aparycja wirusa odry zdecydowanie do mnie przemawia. Jest w nim przebojowość i pewność siebie, ale też skromność i tajemniczość, jest uroczy! No i pasowałby mi do koloru i dodatków w sypialni 😉

Najbardziej przemawiają do nas wiruski w formie włochatej, okazało się, że są one najbliższe dziecięcym wyobrażeniom (dzieci lat 2 i 4).
Taki jegomość pojawia się nie wiadomo skąd i tymi swoimi kudełkami przyczepia się dość mocno, rozsiewając choróbsko. Fajnie, że można dzieciaczki oswoić trochę z chorobami, dzięki temu przejście przez nie może okazać się nie takie straszne.
Także nasi faworyci to wirus grypy żołądkowej, odry i ospy wietrznej.

W wirusowej ekipie prym wiodą kudłacze.
Wirus grypy żołądkowej, co po brzuszku nam skacze,
gila żołądek zielonymi włoskami, powodując
biegunki, nudności, wymioty, no generalnie z nim są same kłopoty.
Wirus odry w prezencie przyniesie czerwonych krostek dość sporo,
nie pytajcie skąd one się biorą. Cwany jest i przebojowy, może okulary
pożyczy nam ze swojej głowy?
Ospa wietrzna jest taka zjawiskowa, no i piękna- fioletowa. Z pewnością bąbelków
przyniesie nam dużo, których drapać nie można, co trochę wtedy wkurza.
Wiruski, wiruski, no sporo problemów z nimi, ale dzięki takiej książce je trochę oswoimy.

Odra- moj niebieski faworyt. Jego czarne okulary skradaja moje serce. Patrzac na niego mam wrazenie. ze to bardzo mily gość wrecz kochajacy swiat z drugiej strony widze w nim bohatera z filmu Kac Vegas i az się go boję bo znajomosc z nim oznacza same klopoty. Mimo to jest tak uroczy ze chce sie wpakowac w te klopoty wraz z nim?

Mi najbardziej podoba się rotawirus 🙂 Jego zgniłozielony kolor po prostu genialnie oddaje samopoczucie przy zarażeniu nim 😀
Rotawirusowe „ciałko” ma tez urocze kłaczki – no urzekł mnie po prostu!

wirus świnki – moj koszmar dzieciństwa – starsza siostra straszyła, ze jak ten wirus mnie dopadnie to zamienię sie w rozowa świnkę i bede wygladala jak ta Muppet Show.

A mnie najbardziej podoba się maskotka Bostonki! Fantastyczny ma kolor i jestem pewna,że i Synka by urzekła ,bo to jego ulubiony kolor. Brakuje mi tu jednak Szkarlatynki,myślę,że bardzo by pasowała do tego towarzystwa i przy okazji przestałaby tak straszyć. My ją dopiero co pogoniliśmy z domu,mam nadzieję,że na dobre,ale u Synka to temat bardzo gorący – choroby,lekarze,lekarstwa i niedajBoże szpital tfutfu 😉

Nam najbardziej podoba się wirus grypy żołądkowej 🙂 Mogłabym napisać po prostu: jest zielony! U nas wszystko, co zielone, jest zawsze na pierwszy miejscu, nasze maluchy upodobały sobie ten kolor z niewiadomych względów. Ale to nie jest jedyny powód. Rotawirusy – grypa żołądkowa, to wirus, który bardzo dobrze znamy. Pozostali bohaterowie książki jeszcze nie gościli ani w naszym domu, ani na ciałach naszych chłopców (2- i 4-latek). Pewnego dnia na pewno ich poznamy – przyjdą z placu zabaw lub przedszkola. Tymczasem zielony wirusek jest taki poszarpany, jakby przemielony w każdą stronę, tacy stajemy się po 2-dniowych zmaganiach z rotawirusem. Świetnie odzwierciedla to, co dzieje się w brzuchu, jak i na zewnątrz. I ten zielony kolor – tak wygląda twarz tuż przed biegiem do łazienki lub nad miskę 🙂 I w końcu jest jeszcze jedna sprawa – całkiem subiektywna i skojarzeniowa – nie wiem dlaczego, dla pluszowy rotawirus kojarzy mi się z Włóczykijem z Muminków 🙂 Taki samotny, zagubiony, wędrujący od brzucha do brzucha.

– Puk, puk!
– Kto tam?
Cisza. Słyszę tylko lekkie szuranie…
– O, nie! A tyś co za paskudztwo?!
Chlip chlip, chlip chlip…
– Nie maż się tak. Wejdź, rozgość się i… może opowiesz mi coś o sobie?
Tak żeśmy się poznali. Jakby mimochodem, przelotem, z przypadku.
I, kiedy myślałam, że na dłużej straciliśmy ze sobą znów kontakt, nagle usłyszałam znajome szuranie.
O, paskudniaczek wrócił!
Coś jednak było w tych jego oczach. Coś było w nim samym.
Przestałam witać go ze złością. Przestałam widzieć w nim paskudne stworzenie.
Raczej…
był włochaty jak koc, którym w dzieciństwie babcia mnie opatulała, gdy gorzej się poczułam.
On, wirus grypy żołądkowej.
Słodki inaczej. Jak słodkie potrafią być krople miętowe.
I… na swój sposób przytulaśny. Choć wcale tak mile nie widziany, bo nigdy nie chce się zapowiedzieć wcześniej 😉

świetny przekaz i duza garść wiedzy w formie śmiesznych stworków! Kiedys córka zapytala co to jest wirus ? Jak wygląda?kim jest i jak sie u niej znalazl😊 zaczęłam tworzyć różne rysunki brzuszka a w nim piękne kolorowe bakterie i właśnie wtedy kiedy zamieszkal ktos w brzuszku córka sama wziela granatowy pisak i mowi ja dorysuje te zle bakterie😊 tym sposobem dużo zrozumiala i kiedy przekraczala limit słodyczy pod nosem mowila juz za dużo zjadłam teraz kolej na kapustę kiszona i warzywa zeby dobre bakterie rozprawily sie z cukrem😁 wybieramy gościa niebieskiego w okularach niezle z niego ziółko.pozdrawiamy Matylda 6 lat

Szkoda, że nie można jej już nigdzie dostać 🙁 a chciałam ją kupić..

może jeszcze da się znaleźć pojedyńcze egzemplarze

Zostaw komentarz