Roksana Jędrzejewska-Wróbel w rozmowie z Psotnikiem

Roksana Jędrzejewska-Wróbel w rozmowie z Psotnikiem. Fot. Ewa Jezierska

Nie ma nic przyjemniejszego od spaceru po opustoszałej bałtyckiej plaży w ciepłe jesienne popołudnie, a jeśli w trakcie spaceru spotka się jedną ze swoich ukochanych autorek książek dla dzieci, to już jest szczyt szczęścia. Czy wiecie, że w tym roku mija 15 lat od ukazania się pierwszej książki Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel?

 

Psotnik: Napisałaś przeszło trzydzieści książek dla dzieci, mnóstwo scenariuszy dla teatru, animacji… ale kiedyś to się przecież jakoś musiało zacząć… Jak stałaś się pisarką dla dzieci?

Roksana: Chociaż skończyłam filologię polską, nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek będę pisać dla dzieci. Zawodową pracę ze słowem zaczęłam od bycia redaktorem w wydawnictwie medycznym Makmed, gdzie redagowałam książki o ultrasonografii piersi, wątroby i innych organów. Brzmi niezbyt interesująco, ale to była naprawdę fajna praca. Współtworzyłam pierwsze polskie publikacje na ten ultrasonografii, która wtedy, w latach 90-tych dopiero rozwijała u nas skrzydła. Dowiadywałam się więc nowych rzeczy, a autorzy – lekarze byli mi wdzięczni, że ich książki dobrze się czyta. Cudowna kooperacja. Ale pewnego dnia Adam Matys, szef wydawnictwa, przerwał tę moją miłą rutynę, dając mi do redakcji książkę profesora Włodzimierza Fijałkowskiego, o tym, co dzieje się z dzieckiem w łonie matki przed porodem, czyli przez pierwsze 9 miesięcy od poczęcia. Więc niby też książka medyczna, same fakty, ale już narracja pierwszoosobowa, zaangażowana, bo dziecko opowiadało o sobie. Byłam wtedy w ciąży, więc też natychmiast się zaangażowałam, swawolnie zmieniając całe akapity, bo propozycja profesora była bardzo ciekawa, ale niezbyt dziecięca, a to miała być książka dla dzieci właśnie. Wymyśliłam więc rodzinę czekającą na nowego członka, głównemu bohaterowi dałam na imię Wojtuś (tak też nazwałam potem mojego syna), rozbudowałam historię o elementy fikcyjne i generalnie zdecydowanie przekroczyłam kompetencje redaktora. Nie wiem czy dziś miałabym taki tupet. Na szczęście profesor mnie nie znienawidził, wręcz przeciwnie, docenił moją inwencję i zaproponował, abym została współautorką, za co do dziś jestem mu niezmiernie wdzięczna. I tak powstało „Oto jestem” – mój prawie debiut.

Psotnika: Ha! A jak doszło do Twojego debiutu?

Roksana: Zaczęło się od bardzo drogiego wózka, na który absolutnie mnie nie było stać!

Psotnik: Od wózka? Takiego dla dziecka?

Roksana: Owszem. Urodziłam córkę, a córka potrzebowała wózka. Dostałam co prawda używany wózek od kolegi, ale po dwójce dzieci był mocno zdezelowany. Nie miałam pieniędzy na nowy i cieszyłam się z tego, co miałam, ale szybko mój minimalizm został wystawiony na okrutną próbę. Czasopismo „Dziecko” ogłosiło konkurs, w którym nagrodą był fantastycznie wypasiony wózek. Wózek-marzenie, o którym jednak nie śmiałam marzyć, bo i tak nie byłoby mnie stać. A tu nagle był w zasięgu – mogłam go wygrać! Konkurs polegał na napisaniu opowiadania o swoim doświadczeniu macierzyństwa. Aby zwiększyć szanse napisałam aż dwa teksty i czekałam w napięciu na wyniki, wizualizując, jak sobie spaceruję z tym wspaniale zamortyzowanym wózkiem po krzywych wtedy okropnie wrzeszczańskich chodnikach. Każdy rodzic wie, jak ważne są w wózku amortyzatory.  Niestety, dostałam tylko wyróżnienie, czyli prenumeratę pisma. Wspaniały wózek rozwiał się we mgle niedostępności. Nigdy później nie byłam tak bardzo zawiedziona przegraną.

Psotnik: Fajna historia, ale jak to się ma do Twojego debiutu?

Roksana: To jest opowieść szkatułkowa. Kilka lat później, gdy miałam już dwoje dzieci, ale nadal nie miałam porządnego wózka, zadzwonił telefon. Dodajmy, że był to telefon stacjonarny na dziesięciometrowym kablu. Długi kabel był dla matki ważny, można się było ukryć w łazience przed dziećmi, na chwilę spokojnej rozmowy. W dobie komórek rzecz niezrozumiała, wtedy – bezcenna. Smażyłam akurat naleśniki z dwójką dzieci na biodrach, dziś nie mam pojęcia, jak mogłam w tych warunkach jeszcze odebrać telefon, ale wtedy odebrałam. I dobrze, bo po drugiej stronie była Beata Ciepłowska z „Dziecka”. Znalazła moje konkursowe teksty w archiwum i zaprosiła do współpracy. A ja wtedy, zamiast się ucieszyć, wyskoczyłam z pretensjami: „Ale ja nie wygrałam wózka. Skoro takie dobre są te teksty, to czemu ja nie wygrałam!?!”. Tak to jest, jak się na czymś za bardzo zafiksujemy. Trzyma latami, dlatego od tego czasu staram się uważać. Jak się w końcu odczepiłam od tego wózka, to zaczęła się moja regularna współpraca z miesięcznikiem „Dziecko”, a to się z kolei łączy z Agnieszką Żelewską, moją przyjaciółką i ilustratorką „Oto jestem”. Agnieszka miała wtedy małą Kasię, dziś studentkę ASP, i jako matka łaknąca porad wychowawczych, też czytała „Dziecko”. A kiedy czytała moje teksty, to się wzruszała i wymyśliła sobie, że ja mam talent literacki. Więc jak znalazła informację o Konkursie Literackim im. Janczarskiego, zaczęła mnie nękać telefonami pt.: „Weź udział, na pewno wygrasz”. Była niezłomna, więc uległam w końcu jej entuzjazmowi i wierze we mnie, i napisałam „Królewnę” i „Gęboluda”. „Królewna” wygrała, „Gębolud” dostał wyróżnienie, a ja została pisarką dla dzieci. To było w 2003 roku, w 2004 wydano moją pierwszą książkę, a to znaczy, że w tym roku mija 15 lat mojego pisania, Do dziś jestem Agnieszce niebywale wdzięczna, że mnie namówiła na ten konkurs i wspierała. Podobnie jak wielu innym ludziom, którzy mi pomogli zupełnie bezinteresownie, jak np. Joasia Olech, dodając otuchy po napisaniu „Kamienicy”. W ogóle mam wrażenie, że moja droga do pisania to ciąg spotkań z życzliwymi ludźmi w odpowiednim czasie. Jakby pisanie samo do mnie przyszło. Może dlatego, że nigdy nie miałam do niego merkantylnego stosunku? Inaczej niż do tego konkursu z wózkiem. Wózka nie wygrałam, chociaż bardzo chciałam, pisanie wciąż trwa, chociaż go nie planowałam. Jaka z tego nauka? Nie wiem. Może taka, jaką daje ojciec synowi w świetnym filmie „Parasite” – najlepszy plan to brak planu, nigdy się nie zawiedziesz.

 

Psotnik: Zanim zadebiutowałaś jako autorka książek dla dzieci, wykonywałaś różne zawody, między innymi prowadziłaś zajęcia ze studentami z poezji. Dlaczego nie pisałaś nigdy poezji dla dzieci?

Roksana: To prawda, że robiłam bardzo różne rzeczy, min. byłam kierownikiem administracyjnym Klubu Żak. Ale nawet zajmując się zepsutymi rurami, lubiłam poezję i pisałam wiersze. Wygrałam nawet kilka konkursów poetyckich dla dorosłych, ale nigdy nie odważyłam się pisać poezji dla dzieci. Może dlatego, że Danuta Wawiłow, moja ulubiona polska poetka dziecięca, wyznaczyła poziom, do którego nie byłabym w stanie doskoczyć? Wawiłow jest mistrzynią dotykania spraw ważnych w sposób lekki, metaforyczny. „Rupaki” moje serce skradły w dzieciństwie. Po nich tylko potop.

Psotnik: Czy to, że byłaś matką i miałaś dzieci pomogło Ci pisać dla dzieci, wejść w dziecięcy świat czy miałaś to dziecko w sobie?

Roksana: Każdy z nas ma dziecko w sobie, tylko nie zawsze świat mu sprzyja. Są sytuacje, w których to nasze wewnętrzne dziecko ma szansę się pięknie rozwinąć i takie, w których lepiej się z nim nie ujawniać. Bo ono jest radosne i twórcze, ale też bardzo delikatne i wrażliwe. Jak dostanie po głowie, to się skuli i koniec. Bycie matką było dla mnie przestrzenią, w której w końcu mogłam się ze swoim wewnętrznym dzieckiem bezpiecznie spotkać. Moje dzieci, dorosłe już, mają koncepcję, że przy ich pomocy, przeżyłam powtórnie własne dzieciństwo i coś w tym jest. Dzięki dzieciom zaczęłam patrzeć na świat oczami dziecka. Być może zawsze patrzyłam, ale do końca nie zdawałam sobie z tego sprawy. To było bardzo odkrywcze, kucając przy dzieciach i obserwując świat z ich perspektywy, spotkać się z częścią siebie, której wcześniej nie miałam szansy poznać.

Psotnik: A jakim byłaś dzieckiem?

Roksana: Smutnym, grzecznym i samotnym. Moje dzieciństwo nie należało do najweselszych, więc umilałam je sobie książkami. Jako 6-latka miałam poważny wypadek, spędziłam dużo czasu w szpitalu, do pierwszej klasy poszłam z gipsem na prawej ręce, bez czucia w palcach. Dość słaby początek nauki pisania i w ogóle szkoły. Kiedy inne dzieci radośnie malowały fantazyjne szlaczki, ja ledwo mogłam utrzymać kredkę w ręce. A moje szlaczki to były zawsze czarne krzywe krechy. Pani się to bardzo nie podobało, dostawałam uwagi. Swoją drogą nie mam pojęcia, czemu uparłam się na czarną kredkę, mogłam przecież robić krechy czerwone i zielone. Może to była jedyna dostępna forma buntu grzecznej dziewczynki?

W co lubiłaś się bawić jako dziecko?

Roksana: W przetwarzanie rzeczywistości! Przetwarzałam wszystko – patyczki na plaży w płot, słomki do napojów wyginałam w lalki, rysowałam palcem w rozsypanej soli na stole. Nawet jak miałam na talerzu ziemniaki i marchewkę, to zamiast jeść, widelcem układałam z nich obrazek. Ale moją ulubioną zabawą było wyobrażanie sobie samowystarczalnego gospodarstwa, którego prototypem było gospodarstwo moich dziadków w Srebrnikach pod Toruniem. Wymyślałam co tam jeszcze możemy mieć, żeby się zupełnie uniezależnić – kury, krowy, warzywnik, sad, ule, pole lnu, krosna, farbiarnię, przydomową wodną elektrownię… Ciągle je poszerzałam, przebudowywałam, wymyślałam nowe rozwiązania. To było trochę jakbym 40 lat temu grała w prototyp Minecrafta. Tyle, że bez komputera, we własnej głowie.

Jaką jesteś matką?

Roksana: Kiedy 25 lat temu debiutowałam w tej roli, aspirowałam do bycia matką idealną. Chciałam dać dzieciom wszystko to, czego sama nie dostałam. Dziś, kiedy moje dzieci są już dorosłe, wystarczyłaby mi pewność, że byłam matką wystarczająco dobrą. Moje dzieci często powtarzają, że miały wspaniałe magiczne dzieciństwo. Jak to słyszę, to oczywiście serce mi rośnie. Dużo z nimi podróżowałam, wspierałam wszelkie przejawy twórczości, pozwalałam eksperymentować. Mieliśmy specjalną szufladę, w której były znalezione w lumpeksach dziwne stroje, tzw. ubrania do przebierania. Na pewno byłam też matką rozmawiającą i słuchającą. Jeśli jednak mam być szczera, to muszę powiedzieć, że byłam też matką zbyt emocjonalną, nie zawsze cierpliwą i niekonsekwentną. Miałam piękne szczytne idee, ale byłam słaba w respektowaniu zasad i zakazów. A dzieciom potrzebne są granice. Wydawało mi się, że je stawiam, ale niekoniecznie mi wychodziło. Nie przewidziałam też sytuacji, że jak dzieciństwo jest zbyt fajne, to nie chce się z niego wychodzić. Ale myślę, że to jest w ogóle problem pokolenia. Chronimy dziś bardzo nasze dzieci przed dyskomfortem, a on jest do rozwoju niezbędny.

 

Psotnik: A zawodowo… Jak wygląda Twoja praca pisarska?

Roksana: Bardzo różnie. Kiedy dzieci były małe, izolowałam się stoperami, na to dodatkowo słuchawki z muzyką, żeby nie terroryzować całego domu krzykami: „Ciszej! Ja piszę!”. Nie było łatwo, dzieciom też. Taka mama, która jest, ale jakby jej nie było, bo jest w jakimś swoim świecie. Już lepiej, żeby naprawdę wyszła. Więc czasami wychodziłam. Wsiadałam na rower i jechałam do kawiarni na molo w Brzeźnie. Starałam się też pisać, kiedy dzieci były w szkole, na spacerze z tatą, kiedy spały.

Psotnik: Musiałaś wykorzystywać każdą wolną chwilę, a był jakiś moment, w którym pisanie było najbardziej zwariowane?

Roksana: Pamiętam, że jedną z książek pisałam siedząc z nogami w misce z wodą. Była noc, oczy same mi się zamykały, a musiałam oddać tekst w terminie. Więc żeby nie zasnąć – trzymałam nogi w zimnej wodzie, Dużo miałam wtedy samozaparcia, teraz już nie byłabym w stanie tak pracować. Matki małych dzieci są niezwykle zdyscyplinowane.

Psotnik: To jak pracujesz dzisiaj?

Roksana: Teraz jestem bardziej wygodna, potrzebuję ciszy i spokoju. Kiedyś potrafiłam pisać w gwarnej kawiarni, dziś potrzebuję zacisznego kącika, herbaty, muzyki, swoich rytuałów, zapachu palo santo. Nie potrafię już pracować w nocy. Teraz najlepiej pisze mi się rano, wtedy mogę się skupić. Najchętniej piszę na powietrzu, w ogrodzie, na werandzie.

Psotnik: Co jest dla Ciebie najważniejsze?

Roksana: Oj! Jakie trudne pytanie… Chyba samo życie po prostu. A życie to dla mnie relacje – miłość, przyjaźń, rodzina, spotkania. Wyobrażam sobie życie bez bardzo wielu rzeczy, udogodnień, wyobrażam sobie życie bardzo skromne materialnie, ale nie wyobrażam sobie życia bez ludzi, bez rozmów, wymiany myśli, wspólnych posiłków, śmiechu. Wspólnota to coś niezwykle ważnego, podstawowego, jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, zbyt często o tym zapominamy.

Psotnik: Pisarz musi lubić samotność, a Ty jesteś osobą bardzo towarzyską, czy nie brakuje ci ludzi wokół?

Roksana: To prawda, praca pisarza to praca samotnicza, a ja lubię jak się coś dzieje. Wiem, że gdybym chodziła do pracy, w której cały czas byłabym z ludźmi, to sprawiałoby mi to przyjemność. Ale może przez to zaniedbałabym swoją część introwertyczną, którą każdy z nas ma i rozmieniłabym się na drobne w towarzyskim zamieszaniu? A tak pisanie zmusza mnie do zatrzymania, introspekcji, przyjrzenia się temu, co „nazbierałam” będąc z ludźmi – słowom, historiom… A z tęsknoty za robienia czegoś razem z innymi, zaczęłam współpracować z teatrem i filmem, to sprawia, że nie czuję się samotna w życiu zawodowym.

Psotnik: Co jest najtrudniejsze w pracy pisarki?

Roksana: Stefan Chwin, mój promotor, po moim pisarskim debiucie zapytał mnie, nieco zatroskany: „Pani Roksano, ale czy pani lubi siedzieć? Bo wie pani, pisarz musi lubić siedzieć”. Potraktowałam to wtedy jako żart, nie miałam pojęcia, jak bardzo prorocze są to słowa. Profesor dobrze mnie znał i wiedział, że siedzenie to nie jest moja najmocniejsza strona, że ja się lubię ruszać. Co gorsza okazało się, że z wiekiem coraz bardziej. No i teraz się z tym mierzę, bo najtrudniejsze jest dla mnie to siedzenie właśnie. Często bezproduktywne, bo zdarza się, że praca pisarza polega na siedzeniu i patrzeniu się w ścianę albo pusty ekran przez kilka godzin. Nic nie dzieje, utknęłam, nie mam pomysłu, a jednocześnie wiem, że muszę to wytrzymać, bo jak wstanę i wyjdę koniec, rozproszę się kompletnie i będę musiała zaczynać od nowa. A jednocześnie siedząc i patrząc w pustkę czuję, że marnuję czas. Tyle przecież mogłabym zrobić – pranie, obiad, psa wyprowadzić. Ogródek wygrabić z liści, książkę przeczytać. O! Sąsiadka już wraca z zakupami, widziałam, jak wychodziła godzinę temu i już wraca. Proszę, jaka pracowita, a ja tu wciąż siedzę, jak nierób jakiś, leń patentowany. To jest naprawdę okropne. A jednocześnie niezbędne w procesie pisania. To jak medytacja, takie trwanie w pustce i zawieszeniu, bezczynności, podczas której głowa się czyści i w końcu pojawia się to potrzebne słowo, zdanie, obraz, którego można się chwycić i zacząć pisać. Niby to wiem, ale praktyka jest zawsze bardzo dla mnie trudna.

Psotnik: Co prywatnie lubisz robić? Jak spędzasz wolny czas?

Roksana: Jestem najszczęśliwsza, kiedy mam wszystkie swoje dzieci i bliskich przy jednym stole, najlepiej w ogrodzie. Uwielbiam te chwile – wspólne jedzenie, długie rozmowy, bycie razem. Mam ciągłe poczucie niedosytu w tej kwestii. Lubię też wspólne podróże – rowerowe, samochodowe, samolotowe, wszystkie. Od paru lat spędzam kilka miesięcy w roku w Los Angeles, a jeśli do tego dodać wyjazdy na spotkania autorskie, to w pewnym sensie ciągle jestem w drodze. I odkrywam, że to doskonały sposób na życie. Staram się nie przywiązywać do rzeczy, niczego nie kolekcjonuję. Jestem, a raczej staram się być minimalistką, choć nie umiem sobie odmówić kupowania książek. Lubię rysować, szyć, pracować w ogródku. W ogóle bardzo lubię robić rzeczy rękami, czuć jakieś tworzywo albo narzędzia pod palcami, lubię się pobrudzić się. Jeśli tylko mam czas, wyszywam poduszki z napisami na prezenty dla przyjaciół. Uwielbiam też spacery nad morzem, wycieczki rowerowe, poranne kąpiele w zimnym morzu. Od lat pod okiem Joasi Hussakowskiej tańczę „Pięć rytmów”, to taka medytacja w ruchu, doskonała tak dla ciała jak i umysłu.

 

Psotnik: Czy zdradzisz swoje najbliższe plany wydawnicze?

Roksana: Mam nadzieję, że za jakiś czas pojawi się serial animowany na podstawie „Maleńkiego Królestwa królewny Aurelki”. Ale to jeszcze potrwa. Natomiast już w październiku, nakładem wydawnictwa Bajka, ukaże się moja książka zatytułowana „Pracownia Aurory” z ilustracjami Jony Jung. To książka niezwykle dla mnie ważna, wręcz symboliczna, chociaż wcale tego nie planowałam. Pomysł na historię o pracowni, w której naprawia się serca, przyszedł do mnie w grudniu zeszłego roku. W styczniu usiadłam i ją napisałam. Skończyłam ją pisać w niedzielę, 14 stycznia, a kiedy – dosłownie – postawiłam końcową kropkę, przyszedł sms od mojej córki z wiadomością, że przed chwilą był zamach na prezydenta Adamowicza. Natychmiast włączyłam telewizor i dowiedziałam się, że został ugodzony nożem w serce, kilka kilometrów od mojego domu. Byłam wstrząśnięta, jak wszyscy. Jestem gdańszczanką od urodzenia, to był mój prezydent.  Gotowy tekst wysłałam nazajutrz mojej wydawczyni, Kasi Szantyr-Królikowskiej z Bajki, czekając jednocześnie w ogromnym napięciu na informację o stanie zdrowia prezydenta. Tuż po jego śmierci zobaczyłam nagłówek w gazecie: „Krawcowa ludzkich serc”. To krawcowa z Gdańska rozpoczęła akcję „Napełnijmy puszkę Prezydenta Adamowicza”. A przecież ja kilka dni wcześniej napisałam opowiadanie o krawcowej zszywającej ludzkie serca. Bardzo mnie poruszyła ta koincydencja. Utwierdziła w przekonaniu, że jesteśmy połączeni bardziej niż sądzimy.

Psotnik: A nad czym aktualnie pracujesz?

Roksana: Piszę swoją pierwszą książkę dla młodzieży.

Psotnik: OOOO! Co to będzie?

Roksana: To będzie opowieść o połączeniu właśnie – o tym, jak bardzo siebie nawzajem potrzebujemy, chociaż dużo wygodniej jest myśleć, że jesteśmy niezależni i samowystarczalni. Opowieść o trzech światach – wspinającym się w górę świecie rodziców, odstawionym na boczny tor świecie dziadków i zagubionych w świecie wielu wspaniałych możliwości nastolatkach. Wyda ją Wydawnictwo Literackie, któremu wielka wdzięczność za zaufanie i otwartość.

Psotnik: Czemu zabrałaś się za pisanie dla młodzieży?

Roksana: To historia, którą mam gdzieś pod skórą od lat, czekała tylko na właściwy moment, by się ujawnić. Poza tym dobrze jest wyjść czasem ze swojej strefy komfortu, którą się stała dla mnie literatura dla dzieci, i zrobić coś nowego. Z jakim efektem – nie mam pojęcia. Być może z marnym i bardzo się tego boję. No ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. A mam wrażenie, że młodzież dziś jest mniej skłonna do ryzyka niż moje pokolenie, przetarte szarą szmatką socjalistycznej rzeczywistości. Dla nas każdy kolor był na wagę złota, był szansą na zmianę. Dzisiaj cierpimy na ich nadmiar. W tym krzykliwie świecie, w tym „morzu możliwości” można zatonąć, dlatego młodzieży jest o wiele trudniej niż kiedyś. Stąd tyle depresji, samobójstw. Bo to nieprawda, że wszystko jest możliwe, ale presja ze wszystkich stron – szkoły, rodziców, mediów społecznościowych – ogromna. Jak się ma w tym odnaleźć młody człowiek, z którym nikt prawie nie rozmawia?

Psotnik: Czy inaczej pracuje się nad książką dla dzieci i książką dla młodzieży?

Roksana: Sama jeszcze nie wiem… W obu przypadkach na początku jest pomysł, potem wyłaniają się bohaterowie, historia, tworzy się opowieść, która powinna być dla czytelnika ciekawa, wciągnąć go. Co innego wciąga malucha, co innego nastolatka, ale myślę, że zasadnicza różnica tkwi w języku. Pisząc dla dziecka, trochę językowo kucam. Pisząc dla młodzieży, mówię własnym głosem. I sama jestem ciekawa, co usłyszę. Pisanie to podróż w nieznane.

Psotnik: Co według Ciebie może pomóc dzisiejszej młodzieży?

Roksana: Nie mam pojęcia. Ale z uporem maniaka wciąż wierzę w dialog, słuchanie się nawzajem, bez uprzedzeń, bez ocen. Szczera rozmowa, poczucie bycie wysłuchanym i zrozumianym jest jak otwarcie okna w dusznym pokoju. Wchodzi powietrze, coś się czyści, uzdrawia, chociaż nie od razu znajdzie się rozwiązanie. Obecna sytuacja polityczna, ekonomiczna i klimatyczna naszego świata nie daje żadnego poczucia bezpieczeństwa młodym ludziom. Oni się boją o swoją przyszłość bardziej niż my w ich wieku. Chciałabym pomóc im odnaleźć nadzieję.

Psotnik: Dziękuję za rozmowę.

 

Zdjęcia wykonała niesamowita Ewa Jezierska, której więcej prac możecie zobaczyć tu!

O książkach Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel możecie poczytać tu!

Reklama

Powiązane tematy

Komentarze (2)

Pełen pasji wywiad, jako całkiem dorosła chętnie się zapoznam z twórczością :))

Aniu, gorąco polecamy!

Zostaw komentarz