U Justyny Bednarek. Wywiad Psotnika

Justyna Bednarek, blog o książkach dla dzieci

W uroczym domu, pełnym kwiatów, obrazów i ciekawych bibelotów, na warszawskich Bielanach, mieszka wraz z mężem Michałem, trójką dzieci – Basią, Antkiem i Bartkiem oraz z sunią Merdą, Justyna Bednarek. Uwielbia rękodzieło, aktualnie studiuje zielarstwo, zbiera ikony. Ciepła, serdeczna i obdarzona niezwykłym poczuciem humoru pisarka, spotkała się z Psotnikiem, zaserwowała mu pyszną kawę… przeczytajcie co mu powiedziała…

Psotnik: Kiedy zaczęłaś pisać książki? Bo „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek”, uznane za Twój oficjalny debiut, to nie była pierwsza książka, którą napisałaś, prawda?
Justyna Bednarek: No, nie. Lata temu opublikowałam trzy króciutkie wierszowane bajeczki o skrzacie Lenku, ale to było dawno i nieprawda. Potem bardzo długo pisałam do szuflady. Odkąd pamiętam, chciałam pisać książki zawodowo, szczególnie te dla dzieci. Zbierałam pomysły, milion razy coś zaczynałam i myślałam, że „teraz na pewno skończę”, a potem nie robiłam tego, bo mnie zawsze, w pewnym momencie, życie odciągało.

A dlaczego tym razem dokończyłaś?
Bo miałam na to czas, poza tym jakoś się odblokowałam. Wcześniej miałam w sobie dużo niepewności. A odblokował mnie kurs rękodzieła artystycznego na Uniwersytecie Ludowym w Woli Sękowej.

Jak tam trafiłaś?
Kiedyś, jako dziennikarka, zostałam wysłana do projektantki mody, Iwony Pochitonow. Od niej dowiedziałam się, że istnieje taka szkoła. Zrozumiałam, że to coś dla mnie – od zawsze kochałam rękodzieło. Niestety, moja córka Basia miała wtedy dwa lata, więc uznałam, że to niemożliwe, żeby znikać takiemu maleńkiemu dziecku na parę dni w miesiącu. Postanowiłam poczekać na lepszy moment, ale wiedziałam, że ja się do tej szkoły kiedyś zapiszę.

I udało się?
Tak. Kilka lat temu straciłam pracę, miałam więcej czasu, w moim życiu pojawiło się trochę wolnej przestrzeni. Zaczęłam równolegle pisać „Bajki muzyczne” i studiować na Uniwersytecie Ludowym w Woli Sękowej.

Co ci to dało? Czy to miało wpływ na Twoje pisarstwo?
Zaczęłam, pierwszy raz od wielu lat, robić rękami wiele rzeczy, w różnych technikach – rzeźbić, haftować, tkać – to było trochę tak, jakbym nagle uruchomiła inne miejsce w mózgu. Najwyraźniej było mi to potrzebne. Poza tym w Woli poznałam świetnych ludzi, nastawionych na twórczość. Właśnie obcowanie z nimi sprawiło, że “zaczerpnęłam z rezerwuaru kreatywności”. To był ten element, którego mi wcześniej brakowało, żeby zacząć pisać. Wola Sękowa otworzyła mnie na twórczość.

Dla kogo jest łatwiej pisać – dla dzieci czy dla dorosłych?
Nie widzę różnicy między sobą piszącą dla dzieci, a sobą piszącą dla dorosłych. Myślę, że jest to dosyć podobne. Różnica jest taka jak pomiędzy rozmową z dzieckiem, a rozmową z dorosłym. Można z dzieckiem rozmawiać o wszystkim – o śmierci, tragedii, głodzie na świecie, tylko należy robić to w sposób taktowny, dostosowany do wieku i etapu rozwoju rozmówcy. Ja nie widzę w sobie żadnej różnicy jakościowej, niezależnie od tego, czy piszę dla dorosłych, czy dla dzieci. To zawsze po prostu jestem ja.

A co jest najważniejsze w książce dla dzieci?
Dla mnie niesłychanie ważne jest to, jak książka wygląda. Zawsze uważałam, że dzieci trzeba „bombardować pięknem”, pokazywać im ładne rzeczy, chodzić z nimi na wystawy, do teatru na pięknie wystawione przedstawienia. Nasze mózgi działają tak, że wszystko w nich zostaje. Nawet jeśli o tym nie pamiętamy świadomie, to ziarenko dobra czy piękna, które gdzieś zasadzisz, nigdy nie jest stracone, bo w jakimś momencie ma szansę się przypomnieć i wykiełkować. Dlatego trzeba bardzo dbać o to, co się pokazuje dzieciom. Książki dla dzieci, oprócz tego, że powinny być mądre, muszą być również estetyczne, bo to jest najbardziej podstawowa forma obcowania z pięknem słowa i sztuką.

Justyna Bednarek wywiad

Czy pisząc książki, masz jakieś swoje małe tajemnice czy triki?
Tak, sprawia mi przyjemność zatapianie w nich prawdziwych osób, rzeczy czy wydarzeń z mojego życia. Dzięki temu mam wrażenie, że robię takie „bursztynki”, które zatrzymują chwile i ja sama nie przemijam ze świstem.

Czyli bohaterowie Twoich książek mają swoich odpowiedników w życiu? Wzorujesz się na znanych sobie osobach?
W każdej książce opisuję jakiegoś członka mojej rodziny lub kogoś bliskiego.
Różne moje bohaterki nazywam Cecylią i obdarzam cechami Cesi, która była ukochaną nianią zarówno mojej mamy, jak i moją. A na wiosnę następnego roku ukaże się książka zatytułowana „Babcocha”, zadedykowana właśnie jej, Cecylii Kot.
W „Skarpetkach” jest Mała Be – to z kolei moja córeczka Basia. Ona występuje też w „Bajkach muzycznych” ukryta się pod imieniem Teodozja, ale w tej książce najbardziej wyraziście opisany jest mój syn Antoś, który gra na fortepianie i gitarze. Jest tam również Kasia, która zawdzięcza zarówno imię, jak i cechy charakteru mojej mamie. Karol, który jest moim bratem Karolem. W Kunach jest pan Bartłomiej i to jest mój syn Bartek. Co prawda mój Bartek jest młodszy niż Bartłomiej w książce, ale z kolei, dla równowagi mój mąż Michał jest znacznie starszy od swojego książkowego odpowiednika Michałka w „Panu Kardanie”.

No właśnie! Przejdźmy do twojej najnowszej książki „Pan Kardan i przygoda z vetustasem”, która właśnie się ukazała w wydawnictwie BAJKA.
Bardzo się nią cieszę. Dla mnie samej – to moja ulubiona książka. Być może tak mi się teraz zdaje, bo dla autora zawsze ta najnowsza jest najważniejsza. Ale też włożyłam w nią szczególnie dużo własnych wspomnień i uczuć. Zdradzę ci, że pisząc scenę, w której bohater zobaczył fantom swojego dziadka, szlochałam stukając w komputer. Wyobrażałam sobie pewną moją kochaną osobę, już nieżyjącą, której obraz bardzo bym chciała móc tak wywołać, jak zrobił to ze swoim dziadkiem Waldemar Kardan.

„Pan Kardan” ma świetnych bohaterów, jest ich cała galeria… A Michaś to naprawdę twój mąż, Michał?
Tak, jeśli chodzi o charakter i ciekawość świata, Michaś to jest portret pomniejszonego pana Bednarka, mojego męża, który jest fizykiem. To jemu zawdzięczamy zasady funkcjonowania tytułowej maszyny, czyli vetustasu – właśnie dlatego oficjalnie podziękowałam mu na wstępie książki.

A koszmarni rodzice Michałka… czy ich też znasz?
Tak, choć oczywiście nie są to moi teściowie – wolę to na wszelki wypadek powiedzieć głośno. Opisałam rodziców mojego kolegi. Chciałabym, żeby kiedyś wykonali taką woltę, jak rodzice książkowego Michałka. Każdemu Michałkowi, dużemu czy małemu, taka przemiana mamy i taty tylko na zdrowie wyjdzie!

Znasz osobiście jakiegoś prawdziwego pana Kardana?
Pewnie, to mój sąsiad z naprzeciwka, wygląda dokładnie jak pan Kardan.

Skąd ilustrator książki, Adam Pękalski, wiedział, jak wygląda Twój sąsiad?
Opisałam mu dokładnie tego pana, a nawet przesłałam mu wyciągnięte z Internetu zdjęcie jego ojca, do którego sąsiad jest bardzo podobny.

Ważnymi bohaterkami „Pan Kardana” są dwie kury rasy sussex. Czy… to też jakieś Twoje znajome?
Nie, ale kury tej właśnie rasy mamy w rodzinnych planach. Obok domu stoi komórka, w której niebawem będzie wydzielona przestrzeń na kurnik dla nich.

Czy odebrałaś od innych autorów jakieś PORADY PISARSKIE, które pomogły Tobie i mogłyby być wskazówką dla początkujących pisarzy?
Dwie osoby w moim życiu udzieliły mi rady, która okazała się bardzo pomocna. Pierwszą z nich był mój serdeczny przyjaciel Łukasz Klesyk, który jest genialnym dziennikarzem kulinarno-alkoholowym. Kiedyś pojechaliśmy zaprzyjaźnioną paczką na koncert do Londynu i nocowaliśmy w strasznie obskurnym hostelu. Ku pokrzepieniu serc, na dobranoc opowiedziałam mojemu towarzystwu bajkę o fasoli i wtedy Łukasz stwierdził, że powinnam pisać dokładnie tak, jak mówię. I ja tak właśnie robię: mówię do siebie na głos, dyktuję sobie – sprawdzając, czy ładnie brzmi.
Drugą osobą była fenomenalna Ola Cieślak. Dawno temu, po przeczytaniu jakiegoś fragmentu mojej bajki powiedziała, że nie czuje w tym mojej fajności. Zrozumiałam, że pisząc, jakoś się przesadnie kontroluję, usztywniam, a powinnam sama sobie dać więcej wolności. W czasie studów w Woli Sękowej udało mi się „ten korek wyciągnąć”.

Masz niesamowity dom i mnóstwo pięknych przedmiotów!
Manię zbieraczą odziedziczyłam po tacie, którego mieszkanie wygląda jak jurta, wszystko jest obwieszone i obstawione, nie ma ani centymetra wolnego. Tak jak ci mówiłam: uwielbiam rękodzieło. Sama nie mam do tego specjalnie talentu i wcale mi nie chodzi o to, by robić przedmioty samodzielnie, tylko żeby być blisko, gdy powstają, móc na to patrzeć i przede wszystkim, żeby je mieć. Chociaż na chwilę. Większość rzeczy, które kupuję w amoku – potem oddaję. Jestem bardzo zachłanna, jeśli chodzi o ładne przedmioty.

A czy coś szczególnie kolekcjonujesz?
Obrazy. Jak widać (śmiech).

Dziękuję za rozmowę i idę zwiedzać Twoją kolekcję!

Justyna Bednarek wywiad

Książki Justyny Bednarek zaprezentowane na Strefie Psotnika:

„Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)” ilustracje Daniel de Latour, wydawnictwo Poradnia K, 2015

„Nowe przygody skarpetek (jeszcze bardziej niesamowite)” ilustracje Daniel de Latour, wydawnictwo Poradnia K, 2017

„Pięć sprytnych kun” ilustracje Daniel de Latour, wydawnictwo Poradnia K, 2016

„Pan Kardan i przygoda z vetustasem” ilustracje Adam Pękalski, wydawnictwo Bajka, 2017

Reklama

Powiązane tematy

Komentarze (2)

Zdjęcia w pełni odpowiadają klimatowi rozmowy, a może na odwrót? 😉 Kolorowa historia. Dziękuję.

🙂 Dziękuję za miłe słowa 🙂

Zostaw komentarz