Marcin Minor – wywiad z ilustratorem

Marcin Minor - wywiad z ilustratorem

Marcin Minor – wywiad z ilustratorem

Z okazji dzisiejszej premiery… niesamowitych „Psyjaciół” Marcina Kozioła, objętych patronatem Psotnika, przed Wami Marcin Minor i nasz wywiad z ilustratorem 🙂 

Psotnik: Marcinie! Mieszkasz w niesamowitym miejscu, w lesie, w starej drewnianej chacie! Jak się tu znalazłeś? Przecież pochodzisz z Warszawy, prawda?
Marcin Minor: Tak, szesnaście lat temu mieszkałem na warszawskim blokowisku, ale razem z żoną postanowiliśmy przeprowadzić się na wieś. Zaczęliśmy szukać swojego miejsca, kupiliśmy ziemię, a potem pojechaliśmy pociągiem w góry, żeby znaleźć dom.

Psotnik: Pojechaliście pociągiem po dom?
Marcin Minor: Tak, taki z bala… Od razu znaleźliśmy łemkowską chatę, która już rozłożona leżała pod śniegiem, jakby czekała na nas… Nie znaliśmy się na tym, ale intuicja podpowiedziała nam, że to dobry dom.

Psotnik: I zabraliście go do pociągu?
Marcin Minor: To była sroga zima, dopiero na wiosnę wynająłem tira i pojechałem po tę chatę w góry. Tak się tu znalazła.

Psotnik: Jest niesamowita! Widać, że mieszka w niej artysta! Czy jesteś ilustratorem pełnoetatowym?
Marcin Minor: Teraz już tak.

Psotnik: A od kiedy tak jest?
Marcin Minor: Od pięciu lat.

Psotnik: Dopiero od pięciu lat? Czym wcześniej się zajmowałeś?
Marcin Minor: To długa historia, robiłem wiele rzeczy, jednocześnie przyjmując zlecenia na ilustracje i obrazy… Najpierw pracowałem w call center.

Psotnik: Robiłeś ilustracje w czasie pracy w call center?
Marcin Minor: Tak… pamiętam na przykład zlecenie z Muzeum Archeologicznego… Malowałem mamuty, siedząc w słuchawkach na uszach przy telefonie.

Psotnik: Ale super! Jakie jeszcze zawody wykonywałeś?
Marcin Minor: Pracowałem jako terapeuta i pedagog, prowadziłem warsztaty dla dzieci i ich rodziców, organizowałem wyjazdy wakacyjne dla trudnej młodzieży. Z zajęć bardziej artystycznych – robiłem złocenia na ścianach i na sufitach w przestrzeniach pałacowych, rysowałem 3D art na chodnikach warszawskiej Starówki. Kilkanaście lat temu zrobiłem też osiem łazienek dla jednej z większych firm.

Psotnik: Robiłeś remont tych łazienek?
Marcin Minor: Ha, ha, nie, dostałem od nich kafelki, pomalowałem je w domu, wypaliłem w piecu, a potem glazurnicy ułożyli te kafelki w biurowych łazienkach.

Psotnik: Masz rzeczywiście bogate doświadczenie zawodowe. A od kiedy wiedziałeś, że chcesz zostać ilustratorem?
Marcin Minor: Pierwszy raz poczułem, że chcę zostać ilustratorem, w klasie maturalnej, na rocznej wymianie w Stanach. Zawsze malowałem, sprawiało mi to radość, ale w pewnym momencie straciłem wiarę w siebie. Rozpoczynając naukę w szkole średniej w Stanach, dowiedziałem się, że według ich programu wystarczy mi już przedmiotów, zaproponowano mi więc lekcje plastyki i udział w różnych warsztatach artystycznych. Zachwyceni tym, jak rysuję, przenieśli mnie do dużo starszej grupy i zaczęli zgłaszać mnie do konkursów. Był 1996 rok, rozmawiałem z rodzicami rzadko, bo połączenia telefoniczne przez Atlantyk były drogie. To wtedy pierwszy raz powiedziałem ojcu, że chcę zostać ilustratorem.

Psotnik: Gdy wróciłeś z USA, poszedłeś na studia artystyczne?
Marcin Minor: Tak, ukończyłem Europejską Akademię Sztuk, studiowałem grafikę i malarstwo. Wykładowcami byli wspaniali artyści, tacy jak Franciszek Starowieyski czy Wiktor Zin. Świetnie wspominam ten czas. Dużo się tam nauczyłem i właśnie na studiach zacząłem ilustrować. W 2004 roku obroniłem dyplom, pojawiło się pierwsze zlecenie na książkę dla dzieci.

Psotnik: Jak podszedłeś do pierwszego zlecenia?
Marcin Minor: Chyba zbyt profesjonalnie! Ilustracje zrobiłem farbami na papierze i oddałem oryginały… Nie wpadłem na to, że mogę zrobić zdjęcie i wysłać w formie cyfrowej.

Psotnik: Jak długo malowałeś ręcznie?
Marcin Minor: Do momentu, gdy dostałem zlecenie na dwie niewielkie książki z klasycznymi wierszami dla dzieci. Najpierw namalowałem obrazki na płótnie, zrobiłem zdjęcia, wysłałam wydawcy, a wydawca powiedział, że są świetne, tylko czy mógłbym wykasować efekt płótna… Grzecznie przerzuciłem zdjęcia do Photoshopa i myszką wykasowałem płótno. Wtedy zacząłem również malować na komputerze, zobaczyłem, że dam radę. Dzięki takim zleceniom i błędom, nauczyłem się pracować digitalowo.

Psotnik: A teraz? Jakich narzędzi używasz?
Marcin Minor: Do cyfrowych ilustracji wykorzystuję tablet i Photoshop, czasem robię prace analogowo, na specjalne zlecenia. Maluję wtedy na płótnie lub papierze farbami akrylowymi, akwarelą, tuszem i pastelami.

Psotnik: Tablet ułatwia pracę?
Marcin Minor: Tak, daje więcej możliwości zmian w trakcie tworzenia… Moje ilustracje mają czasem dziesiątki, a nawet setki warstw.

Psotnik: Serio? Ile warstw miała zatem ilustracja rekordzistka?
Marcin Minor: Rekord to ponad 350 warstw. Na ilustracji był przedwojenny sklep z zabawkami –wykańczanie czegoś takiego jest cudowne w tworzeniu cyfrowym…

Psotnik: Czy szkicujesz swoje prace przed ich powstaniem?
Marcin Minor: Rzadko robię szkic, zazwyczaj mam je w głowie.

Psotnik: Widzisz te obrazy w głowie?
Marcin Minor: Bywa tak, że wyraźnie widzę ilustrację, i wtedy to kwestia przeniesienia jej. Bywa też tak, że nie widzę jeszcze gotowego obrazu, ale wiem, czego szukam i jaki ma mieć to klimat.

Psotnik: Rozumiem, że nie narzekasz na brak zleceń?
Marcin Minor: To prawda, kocham to, co robię, i staram się robić to najlepiej, jak potrafię, pilnując też terminów. Wydaje mi się, że to właśnie doceniają zleceniodawcy.

Psotnik: Musisz być więc świetnie zorganizowany! Jak wygląda Twój dzień pracy?
Marcin Minor: Wstaję o czwartej rano, pracuję do ósmej, potem wychodzimy z psami, biegamy, jemy małe śniadanie i wracam do pracy jeszcze na jakieś trzy i pół godziny. I koniec. Resztę dnia poświęcam dzieciom, które mają edukację domową.

Psotnik: Nigdy nie pracujesz po południu lub wieczorem?
Marcin Minor: Czasem, gdy dzieciaki mają jakieś zajęcia dodatkowe i czekam na nich. Nieważne, gdzie jestem, wszędzie mogę rysować, potrzebuję tylko tyle miejsca, żeby zmieścić się z łokciami.

Psotnik: Jak przystępujesz do pracy, gdy masz nowe zlecenie?
Marcin Minor: Najpierw odsłuchuję książkę wrzucając tekst w automatyczne czytanie, wiedząc, ile ma być ilustracji, by poczuć klimat i zaznaczam sobie momenty, w których od razu pojawia mi się jakiś pomysł. Czasami słucham kolejny i kolejny raz.

Psotnik: Czego szukasz w tekście?
Marcin Minor: Wewnętrznego poruszenia, czyli czegoś, co wzbudzi emocje.

Psotnik: Nad czym ostatnio pracowałeś?
Marcin Minor: Za chwilę w wydawnictwie Bumcykcyk ukaże się książka Marcina Kozioła „Psyjaciele” z moimi ilustracjami.

Psotnik: Jak ci się nad nią pracowało? Było coś szczególnego w pracy nad tą książką?
Marcin Minor: Przy tej książce było wyjątkowo dużo researchu.

Psotnik: Zawsze robisz research?
Marcin Minor: Tak! Research musi być. Szczególnie gdy są to książki historyczne, oparte na faktach, zawierające ciekawostki.

Psotnik: Czego poszukiwałeś, pracując nad „Psyjaciółmi”?
Marcin Minor: Różnych przedmiotów, pojazdów, wyglądu postaci, zwierząt. Do jednej ilustracji o Piłsudskim musiałem znaleźć samochód z tamtych czasów. Nie było to szczególnie skomplikowane, jednak pojawił się problem z tablicą rejestracyjną. Okazało się, że przed wojną tablice rejestracyjne z przodu i z tyłu były inne. I tu nieocenieni są przyjaciele specjaliści, którzy zawsze pomogą mi rozwikłać zagadkę. I tym razem dostałem dokładne wymiary, krój liter i kolorystykę tablic. Ostatecznie tablice na ilustracji mają nawet numery dopasowane do dzielnicy Warszawy, gdzie bohater miał sklep. Ukryłem w nich swój rok urodzenia.

Psotnik: Uwielbiam tego typu smaczki! Zdradzisz jakieś inne, związane z ilustracjami z „Psyjaciół”?!
Marcin Minor: Na fotografii wśród pamiątek po Henryku Sienkiewiczu dopatrzyłem się przycisku do papieru w formie kozła. Autor, Marcin Kozioł, bardzo się ucieszył.

Psotnik: Jesteś dziś topowym polskim ilustratorem książek dla dzieci. Jaką radę dałbyś początkującym?
Marcin Minor: Na pewno rozpoczynając pracę nad nową książką, nie można się bać. Nie warto myśleć, że to jakiś klasyk albo poważne wydawnictwo, albo wyjątkowy pisarz czy pisarka… Nie! W ogóle nie powinno się czuć lęku. Książka jest jak projekt, który dzielę na małe kawałeczki i robię krok po kroku. Nie mam wtedy żadnego problemu. Ilustruję, jakbym rozwiązywał wielopłaszczyznowe sudoku… Nieważne, jak jest to skomplikowane, jeżeli będziesz robił to etapami, to wszystko się uda.

Psotnik: Serdecznie dziękuję za rozmowę!

 

Za zdjęcia do artykułu Marcin Minor – wywiad z ilustratorem dziękujemy Ewie Jezierskiej

Na koniec zapraszamy do obejrzenia krótkiej galerii przykładowych prac Marcina Minora, w której znajdziecie wspomniane w naszym wywiadzie ilustracje lub inne, pochodzące z książek, o których możecie przeczytać na blogu, jak Ściskam w pasie, kontrabasie! Doroty Gellner, Gwiazdka z nieba Przemka Wechterowicza czy audiobook Momo czytany przez Edytę Jungowską 🙂

Dziękujemy Marcin Minor za wywiad z ilustratorem, spotkanie i bardzo miło spędzony czas!

Jeśli macie ochotę na więcej niesamowitych prac Marcina Minora to zapraszamy na profil artysty na Facebook, Instagram lub Behance 🙂

Reklama

Zostaw komentarz